W oryginale: The marriage plot.

W oficjalnym polskim tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego: Intryga małżeńska.*

W moim tłumaczeniu: Wątek małżeński.

 

Jeffrey Eugenides

WĄTEK MAŁŻEŃSKI

Tłumaczenie: Ela Soszyńska

 

– A ty, Mitchellu – pytała Phyllida, – co planujesz robić po studiach?Zdjęcie od: znak.com.pl

– Ojciec zadaje mi to samo pytanie – odpowiedział Mitchell. – Nie wiadomo czemu uważa, że religioznawstwo to nie jest zbyt przyszłościowy kierunek.

Po raz pierwszy tego dnia Madeleine uśmiechnęła się.

– Widzicie? Mitchell też nie ma jeszcze załatwionej pracy.

– Tak właściwie, to mam – powiedział Mitchell.

– Nie masz – wtrąciła się Madeleine.

– Mówię poważnie. Mam.

Opowiedział, że on i jego współlokator, Larry Pleshette, wymyślili, jak wygrać z recesją. Ponieważ mieliby wejść na rynek pracy z tytułem magistra sztuk wyzwolonych, w momencie, kiedy bezrobocie sięga 9,5 procent, po poważnym namyśle zdecydowali się opuścić kraj i nie wracać do niego tak długo, jak tylko się da. Po wakacjach, kiedy zbiorą odpowiednią ilość pieniędzy, wybiorą się z plecakami do Europy. Jak już zobaczą wszystko, co w Europie jest do zobaczenia, pojadą do Indii i zostaną tam, dopóki wystarczy im pieniędzy. Cała podróż zajmie osiem, dziewięć miesięcy, może rok.

– Jedziesz do Indii? – odezwała się Madeleine. – To nie jest praca.

– Będziemy prowadzić badania – odpowiedział Mitchell. – Dla profesora Hughes’a.

– Profesora Hughes’a z teatrologii?

– Oglądałam niedawno reportaż o Indiach – wtrąciła się Phyllida. – Był okropnie przygnębiający. Taka nędza!

– Tym lepiej dla mnie, proszę pani – podchwycił Mitchell. – Nędza to mój żywioł.

Phyllida, która nie mogła zachować powagi wobec poczucia humoru tego rodzaju, wybuchnęła śmiechem.

– Wobec tego wybrałeś odpowiednie miejsce!

– Może ja też wyjadę – obwieściła Madeleine złowieszczo.

Nikt nie zareagował, za to Alton zwrócił się do Mitchella:

– Jakie szczepienia są wymagane przy wyjeździe do Indii?

– Cholera i tyfus. Opcjonalnie gamma globuliny.

Phyllida pokręciła głową.

– Twoja matka na pewno umiera ze strachu.

– Kiedy byłem w wojsku – napomknął Alton – wstrzykiwali nam miliony rzeczy. I nawet nie mówili na co to jest.

– Chyba przeprowadzę się do Paryża – powiedziała Madeleine głośniej, – zamiast iść do pracy.

– Mitchellu – ciągnęła Phyllida, – biorąc pod uwagę twoje religioznawcze zainteresowania, Indie to idealne miejsce. Tam jest wszystko. Hindusi, muzułmanie, sikhowie, zoroastrianie, dżiniści, buddyści. Możesz przebierać jak w ulęgałkach. Zawsze interesowałam się religią. W odróżnieniu od tego mojego niewiernego Tomasza męża.

Alton mrugnął okiem:

– Nie wierzę w istnienie niewiernego Tomasza.

– Znasz Paula Morre’a, Biskupa Moore’a, z katedry Świętego Jana? – Phyllida próbowała utrzymać uwagę Mitchella. – To nasz dobry znajomy. Może chciałbyś go poznać? Z przyjemnością cię przedstawię. Kiedy jesteśmy w mieście, zawsze idę tam na mszę. Byłeś tam kiedyś? Jakbym ci mogła to opisać? Och, no, jest tam po prostu bosko!

Phyllida przyłożyła sobie rękę na dekolcie zachwycając się tym kalamburem; Mitchell zaśmiał się uprzejmie, a nawet z przekonaniem.

– A skoro już mówimy o dostojnikach kościelnych – wciął się Alton, – opowiadałem ci kiedyś o tym, jak spotkaliśmy Dalai Lamę? To było na tej imprezie charytatywnej w Waldorfie. Staliśmy z przodu. Musiało być co najmniej trzysta osób. W każdym razie, jak już dopchaliśmy się do Dalai Lamy, zapytałem: „Czy pan ma coś wspólnego z Dolly Parton?”

– Byłam zażenowana! – wykrzyknęła Phyllida. – Przeraźliwie zażenowana.

– Tato – zauważyła Madeleine, – spóźnicie się.

– Co?

– Jeśli chcecie zając dobre miejsca, to musicie już iść.

Alton spojrzał na zegarek.

– Mamy jeszcze godzinę.

– Będzie straszny tłum – przekonywała Madeleine. – Powinniście już iść.

Alton i Phyllida spojrzeli na Mitchella, jakby chcieli usłyszeć jego zdanie. Madeleine kopnęła go pod stolikiem, a on potwierdził przekonująco:

– Faktycznie będzie dość tłoczno.

– Gdzie najlepiej stanąć? – zapytał Alton, znów zwracając się do Mitchella.

– Przy bramie Van Wickle’a, na końcu College Street. Tamtędy będziemy przechodzić.

Alton wstał od stolika, uścisnął dłoń Mitchella, a potem schylił się, aby pocałować Madeleine w policzek.

– Z tobą widzimy się później, Panno Absolwentko 1982.

– Mitchellu, moje gratulacje – powiedziała Phyllida. – Bardzo miło było cię zobaczyć. Kiedy już wyjedziesz w tę Wielką Podróż, musisz wysyłać swojej matce mnóstwo listów. W przeciwnym razie będzie odchodzić od zmysłów.

A zwracając się do Madeleine:

– Powinnaś się przebrać przed pochodem. Ta sukienka jest poplamiona.

Po tych słowach Alton i Phyllida, wraz z całym anturażem dumnych rodziców, z lnianą marynarką i torebką, ze spinkami do mankietów i perłami, przemaszerowali po beżowo-ceglastej posadzce Carr House i wyszli z lokalu.

Nowa piosenka zabrzmiała jakby na znak ich wyjścia: przenikliwy głos Joe Jacksona przeplatał się z dźwiękami elektronicznej perkusji. Chłopak stojący za kasą pogłośnił muzykę.

Madeleine położyła głowę na stoliku, włosy zakryły jej twarz.

– Już nigdy więcej nie wypiję – powiedziała.

– Tak, tak, już to słyszałem.

– Nie masz pojęcia co się ze mną dzieje.

– A skąd miałbym mieć? Nie odzywałaś się do mnie.

Nie odrywając policzka od blatu, Madeleine rzekła żałośnie:

– Jestem bezdomna. Kończę studia i jestem osobą bezdomną.

– Jasne…

– Naprawdę! – zarzekała się Madeleine. – Najpierw miałam jechać do Nowego Jorku z Abby i Olivią. A potem niby miałam się przeprowadzić do Cape, więc powiedziałam im, żeby sobie znalazły inną współlokatorkę. Ale nie przeprowadzam się do Cape i nie mam dokąd pójść. Moja mama chce, żebym wróciła do domu, ale chyba prędzej się zabiję.

– Ja wracam do domu na wakacje – powiedział Mitchell. – Do Detroit. Przynajmniej blisko Nowego Jorku.

– Ciągle nie dostałam odpowiedzi z podyplomówki, a jest czerwiec – ciągnęła Madeleine. – Powinnam mieć wyniki już miesiąc temu! Mogłabym zadzwonić do działu rekrutacji, ale boję się dowiedzieć, że mnie odrzucili. Póki nic nie wiem, to ciągle mam nadzieję.

Zanim Mitchell znów się odezwał, przez chwilę panowała cisza.

– Możesz jechać ze mną do Indii – powiedział.

Madeleine otworzyła jedno oko, żeby zobaczyć przez prześwity między kosmykami włosów, że Mitchell wcale tak do końca nie żartował.

– To nawet nie chodzi o te studia. – Wzięła głęboki oddech, po czym wyznała: – Rozstaliśmy się z Leonardem.

Jak dobrze było to powiedzieć, nazwać swój smutek, Madeleine czuła ulgę, ale zaskoczyła ją chłodna odpowiedź Mitchella:

– Po co mi to mówisz?

Podniosła głowę, odganiając włosy z twarzy.

– Nie wiem. Chciałeś wiedzieć, co się dzieje.

– Nie chciałem. Właściwie nawet nie pytałem.

– Sądziłam, że cię to obchodzi – powiedziała Madeleine. – Przecież jesteś moim przyjacielem.

– Jasne – nagle głos Mitchella stał się sarkastyczny. – Nasza wspaniała przyjaźń. Nasza „przyjaźń” nie może być prawdziwą przyjaźnią, bo działa tylko na twoich warunkach. Ty ustalasz zasady, Madeleine. Jeśli zdecydujesz, że nie chcesz się do mnie odzywać przez trzy miesiące, to się nie odzywasz. Potem decydujesz, że odezwiesz się do mnie, bo pasuje ci, żebym pozabawiał twoich rodziców – i już znowu rozmawiamy. Jesteśmy przyjaciółmi, kiedy chcesz się przyjaźnić i nie jesteśmy więcej niż przyjaciółmi, bo tego nie chcesz. A ja muszę się z tym pogodzić.

– Przykro mi – Madeleine poczuła się zaatakowana i przyparta do muru – po prostu nie interesujesz mnie w tym sensie.

– No właśnie! – krzyknął Mitchell. – Nie pociągam cię fizycznie. Dobrze. W porządku. Ale kto powiedział, że ty kiedykolwiek pociągałaś mnie intelektualnie?

Madeleine miała wrażenie, że ktoś ją spoliczkował. Została obrażona, zraniona i rozwścieczona jednocześnie.

– Jesteś… – próbowała wymyślić coś gorszego niż „dupek”. Chciała pozostać panią sytuacji, ale poczuła kłucie w sercu i, ku własnemu przerażeniu, wybuchnęła płaczem.

Mitchell położył jej rękę na ramieniu, ale Madeleine strząsnęła ją. Stanęła na nogi starając się wyglądać jak ktoś, kto wcale nie płacze ze złości, doszła do drzwi i po kilka schodkach zeszła na Watermann Street. Spojrzawszy na odświętnie udekorowany dziedziniec kościoła, poszła w dół, w kierunku rzeki. Chciała być jak najdalej od kampusu. Ból głowy powrócił i skronie jej pulsowały. Patrzyła w górę, na burzowe chmury zbierające się nad miastem niby zapowiedź kolejnych nieszczęść, i zastanawiała się, czemu wszyscy byli dla niej tacy niedobrzy.

Kłopoty sercowe Madeleine zaczęły się, kiedy czytała francuskie teorie, które zdekonstruowały całkowicie jej wyobrażenie o miłości. Semiotyka 211 była przedmiotem drugiego stopnia prowadzonym przez czarną owcę wydziału anglistyki. Michael Zipperstein przybył do Brown 22 lata wcześniej jako formalista amerykański. Wpajał reguły close readingu i interpretacji niezależnej od kontekstu trzem pokoleniom studentów, zanim zalazł się na swojej Drodze do Damaszku, podczas urlopu naukowego, w Paryżu, w 1975, gdzie na jakimś przyjęciu spotkał Rolanda Barthes’a i nad talerzem cassoulet nawrócił się na nową wiarę. Teraz Zipperstein prowadził dwa kursy w ramach nowo otwartej specjalizacji semiotycznej: Wstęp do teorii semiotyki w semestrze zimowym, a w letnim Semiotykę 211. Higienicznie łysy, bez wąsów, ale z białą brodą jak u marynarza, Zipperstein był wierny swetrom w paski i szeroko prążkowanym sztruksom. Zasypywał ludzi tekstami do przeczytania: oprócz wielkich rozgrywających semiotyki – Derridy, Eco, Barthes’a – studenci Semiotyki 211 musieli się zmierzyć z listą tysiąca i jednej lektur dodatkowych, na której było wszystko od balzakowskiego Sarrasine’a, przez publikacje Semiotext(e)’u, po skserowane fragmenty prac E. M. Ciorana, Roberta Walsera, Claude’a Levi-Straussa, Petera Handkego i Carla Van Vechtena. Żeby dostać się na to seminarium, trzeba było odbyć indywidualną rozmowę z Zippersteinem, podczas której zadawał błahe osobiste pytania, na przykład jaka jest twoja ulubiona potrawa albo rasa psa, w odpowiedzi wygłaszając enigmatyczne, trywialne komentarze. Ten ezoteryczny sprawdzian, w połączeniu z brodą i autorytetem Zippersteina, dawał studentom poczucie, jakoby byli duchowymi wybrańcami i stanowili – przynajmniej przez dwie godziny w czwartkowe popołudnia – część krytyczno-literackiej elity uniwersytetu.

Tego właśnie Madeleine chciała. Wybrała angielski jako swój główny przedmiot z najczystszego i najbanalniejszego powodu: uwielbiała czytać. Uniwersytecki „Katalog przedmiotów literaturoznawczych” był dla Madeleine tym, czym katalogi domów handlowych były dla jej współlokatorek. Ekscytowała się przedmiotami typu: „Literatura angielska 274: Euphes Johna Lyly’ego” dokładnie tak samo, jak Abby ekscytowała się kowbojkami Fiorucci. „Literatura amerykańska 540A: Hawthorne i James” wywoływała w Madeleine wizję grzesznych godzin spędzony w łóżku; Olivia przeżywała coś podobnego, gdy ubrana w obcisłą spódniczkę i skórzaną kurtkę szła do Danceterii. Już jako mała dziewczynka w ich domu w Prettybrook, Madeleine wchodziła do biblioteki, gdzie książki piętrzyły się na półkach wyżej, niż mogła sięgnąć – dopiero co zakupione wydania Love Story czy Myra Breckinridge, które emanowały atmosferą zakazanego, a także szacowne, oprawne w skórę egzemplarze Fieldinga, Thackeraya i Dickensa – i ta wszechwładna obecność wszystkich tych potencjalnie możliwych do przeczytania słów zatrzymywała ją w pół kroku. Przez całą godzinę potrafiła przyglądać się grzbietom książek. Pod względem uniwersalności jej system katalogowania rodzinnych zbiorów dorównywał Klasyfikacji Dziesiętnej Deweya. Madeleine dokładnie wiedziała, gdzie wszystko jest. Na półkach obok kominka stały ulubione książki Altona, biografie amerykańskich prezydentów i brytyjskich premierów, wspomnienia zakochanych w wojnie sekretarzy stanu oraz powieści przygodowe i szpiegowskie Williama F. Buckleya juniora. Książki Phyllidy zajmowały lewą część biblioteczki od strony salonu, powieści polecane przez krytykę i zbiory esejów, jak również opasłe albumy o angielskich ogrodach albo chińskich bibelotach. Także w hostelach i nadmorskich pensjonatach, półki pełne porzuconych książek wzywały Madeleine. Przebiegała palcami po ich okładkach ze śladami soli. Rozdzielała strony posklejane od morskiego powietrza. Nie miała żadnej czułości dla thrillerów i kryminałów w miękkich okładkach. Za serce łapało ją opuszczone, zszywane, pozbawione obwoluty, poznaczone licznymi śladami po kubkach z kawą wydanie Dial Pressu z 1931. Przyjaciele mogli wołać ją z plaży, piknik był gotowy, ale Madeleine siadała na łóżku i czytała przez chwilkę, żeby poprawić nastrój smutnej, starej książce. W ten sposób przeczytała Hiawathę Longfellowa. Przeczytała Jamesa Fenimore’a Coopera. Przeczytała H. M. Pulham, Esquire Johna P. Marquanda.

Książka wydana w Polsce przez wydawnictwo Znak w 2013 roku w przekładzie Jerzego Kozłowskiego.

Powyższy fragment NIE JEST oficjalnym (wydanym) tłumaczeniem,