Opowiadane Jhumpy Lahiri A Temporary Matter pochodzi z tomu Interpreter of Maladies (1999).

 

Bohaterowie opowiadań Lahiri, młodzi hinduscy imigranci w Stanach Zjednoczonych, przekonują się na własnej skórze, jak ograniczone są możliwości porozumienia nawet wśród najbliższych. Niemożliwe wydaje się także utrzymanie równowagi na styku kultur – między tradycjami Indii i Zachodu .

– fragment streszczenia (www.znak.com.pl)

 

Jhumpa Lahiri

Sprawa tymczasowa

tłumaczenie: Ela Soszyńska

 

W zawiadomieniu było napisane, że to tymczasowa sprawa: przez pięć dni, o ósmej wieczorem, na godzinę, będą im odłączać prąd. Podczas ostatniej śnieżycy zerwało jakąś linię i monterzy chcieli wykorzystać cieplejsze wieczory, żeby to ponaprawiać. Niedogodności miały dotyczyć tylko domów przy cichej, otoczonej drzewami ulicy, położonej niedaleko kilku szalowanych cegłami sklepików i przystanku trolejbusowego, przy której Shoba i Shukumar mieszkali od trzech lat.

– Miło, że nas informują – stwierdziła Shoba, odczytawszy ogłoszenie na głos. Mówiła to bardziej do siebie samej niż do Shukumara. Pozwoliła, aby wypełniona skoroszytami torba zsunęła jej się z ramienia; zostawiła ją w korytarzu i weszła do kuchni. Miała na sobie granatowy płaszcz przeciwdeszczowy, a pod nim szare dresy i białe adidasy. W wieku trzydziestu trzech lat wyglądała jak te kobiety, do których obiecywała sobie nigdy się nie upodobnić.

Wróciła z siłowni. Jej wiśniowa szminka utrzymywała się już tylko na brzegach ust, a kredka do oczu pozostawiła dwie czarne smugi poniżej jej dolnych rzęs. Kiedyś, myślał Shukumar, zdarzało jej się tak wyglądać po imprezie albo nocy spędzonej w barze, kiedy była zbyt zmęczona, żeby umyć twarz, i tylko pośpiesznie zapadała się w jego ramiona. Rzuciła na stół resztę poczty nawet jej nie przeglądając. Wciąż wpatrywała się w trzymane w dłoni zawiadomienie.

– Ale powinni robić takie rzeczy za dnia.

– Chciałaś powiedzieć, kiedy ja tu siedzę – powiedział Shukumar. Za pomocą szklanej pokrywki przykrył garnek z jagnięciną, tak że tylko cieniutka strużka pary mogła się z niego wydostać. Od stycznia pracował w domu, usiłując dokończyć swoją rozprawę doktorską o indyjskiej rewolucji agrarnej. – Kiedy zaczynają?

– Podobno dziewiętnastego maja. To dzisiaj? – Shoba podeszła do korkowej tablicy zawieszonej na ścianie koło lodówki, pustej, jeśli nie liczyć kalendarza ze wzorami tapet Williama Morrisa. Przyglądała się mu, jakby widziała go po raz pierwszy; uważnie przestudiowała tapety prezentowane u góry, zanim pozwoliła sobie przenieść wzrok na wypełnioną numerami tabelkę u dołu. Znajomy przysłał im ten kalendarz pocztą w charakterze gwiazdkowego prezentu, chociaż Shoba i Shukumar nie obchodzili Świąt w tym roku.

– Dzisiaj – poinformowała. – A w przyszły piątek masz wizytę u dentysty.

Przejechał sobie językiem po zębach: zapomniał je rano umyć. Nie po raz pierwszy. Nie wychodził z domu przez cały dzień, wczoraj też nie. Im dłużej Shoby nie było, im więcej nadgodzin brała i w im więcej dodatkowych zadań się angażowała, tym bardziej chciał siedzieć w domu, nie wychodzić nawet do skrzynki, nawet po owoce czy wino do sklepików przy przystanku trolejbusowym.

Sześć miesięcy wcześniej, we wrześniu, Shukumar był w Baltimore na konferencji naukowej, kiedy Shoba zaczęła rodzić, trzy tygodnie przed terminem. Nie chciał jechać na tę konferencję, ale ona nalegała, chodziło o nawiązanie jakichś kontaktów zanim będzie musiał odnaleźć się na rynku pracy. Powiedziała mu, że ma jego hotelowy numer i rozkład lotów i że umówiła się ze swoją koleżanką Gillian, aby ta w razie potrzeby zawiozła ją do szpitala. Rankiem, kiedy taksówka ruszała w kierunku lotniska, Shoba machała mu stojąc w szlafroku, z jedna ręką opartą na pagórku swojego brzucha, tak jakby to była zupełnie naturalna część jej ciała.

Zawsze kiedy myślał o tej chwili, chwili gdy ostatni raz widział Shobę w ciąży, najlepiej pamiętał taksówkę, czerwone kombi z niebieskimi napisami. W porównaniu z ich własnych samochodem była ogromna. Shukumar miał sześć stóp wzrostu i dłonie tak wielkie, że nie mógł ich swobodnie wsadzić do kieszeni, a mimo to na tylnym siedzeniu taksówki czuł się jak karzełek. Kiedy zjeżdżali Beacon Street wyobrażał sobie, że kiedyś też będą musieli z Shobą kupić sobie kombi, żeby wozić swoje dzieci tam i z powrotem na lekcje muzyki i do dentysty. Wyobrażał sobie, że prowadzi, a Shoba odwraca się do tyłu, żeby podać dzieciom soczki w kartonikach. Były moment, że wizja rodzicielstwa niepokoiła Shukumara, dodatkowo martwił go fakt, że w wieku trzydziestu pięciu lat wciąż był studentem. Ale tego jesiennego poranka, kiedy drzewa stały jeszcze w brązowych liściach, po raz pierwszy ucieszył się na tę myśl.

Któryś z organizatorów jakimś sposobem odnalazł go w jednej z identycznych sal konferencyjnych i podał mu małą karteczkę. Był tam tylko numer telefonu, ale Shukumar wiedział, że to numer szpitala. Kiedy wrócił do Bostonu było już po wszystkim. Dziecko urodziło się martwe. Shoba leżała w łóżku, spała, w izolatce tak małej, że ledwo można było stanąć obok niej, w skrzydle szpitala, którego nie pokazywano im podczas oprowadzania dla przyszłych rodziców. Miała niewydolne łożysko i musieli jej zrobić cesarskie cięcie, widocznie za późno. Lekarz powiedział, że takie rzeczy się zdarzają. Uśmiechał się najmilej jak tylko można uśmiechać się do ludzi, których zna się wyłącznie zawodowo. Po kilku tygodniach Shoba wróciła do formy. Nic nie wskazywało na to, żeby nie mogła mieć dzieci w przyszłości.

W tym okresie Shoba wychodziła z domu jeszcze zanim Shukumar wstał. Gdy otwierał oczy widział długie, czarne włosy, które zostawiała na poduszce i myślał o tym jak on, ubrana, sączyła swoją trzecią już kawę, w biurze w centrum, kartkując podręczniki w poszukiwaniu błędów drukarskich i oznaczając je za pomocą kolorowych flamastrów według systemu, który kiedyś mu wytłumaczyła. Zrobi to samo z jego pracą doktorską, tak obiecała, kiedy Shukumar już ją napisze. Zazdrościł jej konkretności tego zajęcia, tak odmiennego od jego nieusystematyzowanej pracy. Był przeciętnym studentem, który z łatwością, ale bez zainteresowania przyswajał sobie informacje. Do września pracował pilnie, a nawet z zaangażowaniem, streszczał rozdziały, notował argumenty na żółtych kartkach w szeroką linię. Teraz mógłby bez końca leżeć w łóżku gapiąc się na swoją stronę szafy, którą Shoba zawsze zostawiała uchyloną, na rząd tweedowych marynarek i sztruksowych spodni, których w tym semestrze nie musiał zakładać na zajęcia ze studentami. Po śmierci dziecka było już za późno, żeby się wymówić od prowadzenia ćwiczeń. Ale jego promotor zajął się tym tak, żeby letni semestr mógł mieć dla siebie. Shukumar był na studiach doktorskich szósty rok.

– Ten semestr i lato powinny cię zdopingować – mówił promotor. – Będziesz mógł wszystko pozałatwiać przed końcem września.

Ale Shukumara nic nie dopingowało. Myślał tylko o tym, że on i Shoba stali się mistrzami w unikaniu siebie nawzajem w tym domu z trzema sypialniami, spędzając na osobnych piętrach tyle czasu, ile tylko się dało. Myślał o tym, że już nie czeka na weekendy, podczas których ona siedzi godzinami na kanapie ze swoimi skoroszytami i kolorowymi flamastrami roztaczając wokół siebie taka atmosferę skupienia, że włączenie muzyki w jego własnym domu byłoby nietaktem. Myślał o tym, jak dużo czasu minęło odkąd patrzyła mu w oczy uśmiechając się albo szeptała jego imię w tych rzadkich momentach, kiedy wciąż jeszcze poszukiwali swoich ciał przed zaśnięciem.

Na początku wierzył, że to minie, że on i Shoba jakoś przez to przejdą. Miała tylko trzydzieści trzy lata. Była silna, znowu w formie. Ale to go nie pocieszało. Często mijało południe, kiedy Shukumar zwlekał się z końcu z łóżka i złaził na dół, aby nalać sobie resztkę kawy, którą Shoba zostawiła dla niego w dzbanku, na kuchennym blacie, obok pustego kubka.

Książka Jhumpy Lahiri w tłumaczeniu Marii Jaszczurowskiej została wydana pod tytułem Tłumacz chorób przez wydawnictwo Znak  (2002).

Powyższy tekst nie jest oficjalnym (wydanym) tłumaczeniem.