Bibliotekarka z Auschwitz – Antonio G. Iturbe

bibliotekarka z auschwitz

Powieść La Bibliotecaria de Auschwitz autorstwa Antonia G. Iturbe wydana w Hiszpanii w 2012r. przez wydawnictwo Planeta.

Akcja powieści rozgrywa się (głównie) w latach 1943-44 w „obozie dziecięcym” – odcinku obozu koncentracyjnego Auschwitz II, w którym były przetrzymywane rodziny z dziećmi. W pewnym momencie odcinek miał służyć celom propagandowym – hitlerowcy pokazywali tam delegacjom Narodów Zjednoczonych, jak doskonale troszczą się o więźniów.

W rzeczywistości „obóz dziecięcy” nieznacznie różnił się od reszty obozu. Gdy dorośli udawali się do pracy, zgromadzone w obozie dzieci przebywały w baraku-szkole. Nauczycielom pracującym w „szkole” udało się zdobyć i ukryć kilka książek – ich przetrzymywanie było surowo zabronione i groziło tym, czym każde drobne przewinienie w obozie koncentracyjnym – śmiercią.

Zadanie opiekowania się „biblioteką” zostaje powierzone czternastoletniej Czeszce, Dicie Adlerovej (postać wzorowana na Edicie Polachovej, obecnie Kraus). To ona jest główną bohaterką tej powieści.

 

 

Kiedy chodziły z matką na zakupy do centrum, uwielbiała stawać pod zegarem astronomicznym na wieży ratuszowej, ale nie żeby podziwiać defiladę figurek (bo tak naprawdę bała się tego kościotrupa bardziej, niż chciała przyznać), ale żeby kątem oka przyglądać się zapatrzonym przechodniom, w dużej części obcokrajowcom, którzy w wielkim skupieniu obserwowali przemarsz robotów. Nie przykładała wielu starań, aby pohamować śmiech, który wzbudzały w niej rozdziawione gęby i rozmarzone uśmiechy widzów. Na poczekaniu wymyślała im przezwiska. Wspomina z tęsknotą jedną ze swoich ulubionych zabaw – nadawanie przezwisk wszystkim, a zwłaszcza sąsiadom i znajomym rodziców. Na zarozumiałą panią Gottliebovą, która wyciągała szyję dla podkreślenia swojej ważności, mówiła „pani Żyrafa”. Tapicera z dołu, chrześcijanina, zupełnie łysego i chudego jak szkapa, nazywała w duchu „panem Piłkogłowym”. Widzi siebie, jak biegnie kilka metrów za tramwajem, podzwaniającym i wyginającym się przy skręcie na Plac Staromiejski, plącze się bez celu po Josefovie, a potem rzuca się biegiem w stronę sklepu pana Ornesta, gdzie mama kupowała materiały na jej płaszczyki i zimowe spódnice. Pamięta dobrze, jak lubiła tamten sklep; nad drzwiami był neon, w którym kolorowe rurki zapalały się jedna po drugiej aż do samej góry, a potem znowu od początku.

Gdyby nie biegała tak z dziecięcą radością, oderwana od rzeczywistości, może mijając gazeciarza zwróciłaby uwagę na długą kolejkę kupujących i na całe stosy „Lidovych Novin”, które krzyczały bardziej niż informowały, ogromną czcionką i tytułem na całą pierwszą stronę, że „Rząd zatwierdza wkroczenie wojsk niemieckich do Pragi”.

Dita otwiera na chwilę oczy i widzi SS-manów węszących na tyłach baraku. Ściągają nawet rysunki, poprzyczepiane do ścian za pomocą kawałeczków drutu kolczastego, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś pod spodem. Nikt nic nie mówi i kroki strażników niosą się po stajni przesyconej zapachem wilgoci i pleśni. I strachu. To zapach wojny. Pośród niewielu rzeczy zapamiętanych z dzieciństwa jest to, że czas pokoju pachnie gęstym rosołem, który gotował się całą piątkową noc. Wspomina smak pieczonej baraniny albo pasty z jajek i orzechów. Dni spędzane w szkole i popołudnia wypełnione grą w klasy i w baba-jaga patrzy z Margit i innymi koleżankami z klasy, które już jej się mieszają w pamięci… Już wszystko się psuje.

Zmiana nie była drastyczna, tylko stopniowa. Chociaż był taki dzień, kiedy jej dzieciństwo zamknęło się i zapadło pod ziemię jak jaskinia Ali Baby. Ten dzień pamięta ze szczegółami. Nie zna daty, ale to było 15 marca 1939. Praga drżała o poranku.

Trząsł się kryształowy żyrandol w salonie, ale wiedziała, że to nie trzęsienie ziemi, bo nikt nie uciekał ani nie szukał schronienia. Ojciec pił swoją poranną herbatę i przeglądał gazety udając obojętność, jak gdyby nic się nie działo.

Matka odprowadzała ją do szkoły, a miasto drżało. Kiedy zbliżały się do placu Wacława, słychać było wrzawę, a ziemia drżała tak mocno, że aż łaskotało w stopy. W miarę jak się przybliżały, głuche dudnienie stawało się coraz wyraźniejsze i Ditę zafascynowało to niezwykłe zjawisko. Ostatecznie nie mogły przejść przez zapchaną ludźmi ulicę; nie widać było nic poza ścianą pleców, płaszczy, karków i kapeluszy.

Matka zatrzymała się nagle. Twarz miała napiętą i postarzała się w jednej chwili. Złapała dłoń córki, aby zawrócić i pójść do szkoły naokoło, ale ta nie mogła pohamować ciekawości i jednym szarpnięciem wyrwała się ręce, która ją trzymała. Była mała i szczupła, więc bez problemu przepchnęła się przez tłum stłoczony na chodniku i stanęła w pierwszym rzędzie, gdzie miejscowi policjanci ustawiali się w kordon, zaplatając ręce.

Hałas był ogłuszający: jeden za drugim przejeżdżały szare motory z bocznymi wózkami, a w nich żołnierze w lśniących skórzanych kurtkach i z motocyklowymi okularami zawieszonymi na szyi. Kaski mieli błyszczące, prosto z fabryki w centralnych Niemczech, jeszcze bez żadnego zadrapania, bez śladów bitwy. Za nimi jechały wozy bojowe uzbrojone w ogromne karabiny, a dalej z przerażającą ociężałością słoni ciągnęły ulicą czołgi.

Pamięta, że wydawało jej się, że uczestnicy pochodu to figury, takie jak te z ratuszowego zegara, i że za kilka sekund zamkną się za nimi drzwiczki i znikną. I ziemia przestanie się trząść. Ale tym razem to nie roboty brały udział w mechanicznej defiladzie, ale ludzie. W tym czasie miała się nauczyć, że różnica między jednymi a drugimi nie zawsze jest wyrazista.

Miała tylko dziewięć lat, ale czuła strach. Nie grała orkiestra, nie było śmiechów ani gwaru, nie było gwizdów… Niemy przemarsz. Skąd wzięli się ci mężczyźni w mundurach? Dlaczego nikt się nie śmiał? Nagle ta milcząca defilada skojarzyła jej się z konduktem pogrzebowym.

Sztywna ręka matki wyciągnęła ją gwałtownie z tłumu. Odeszły w przeciwnym kierunku i Praga znów wydała im się radosnym miastem, jak zawsze. To było jakby przebudzić się z koszmaru i zobaczyć z ulgą, że wszystko jest znowu na swoim miejscu.

Ale ziemia pod ich stopami wciąż się trzęsła. Miasto drżało. Jej matka też drżała. Przerażona wydłużała krok i ciągnęła ją, aby jak najszybciej zostawić za sobą przemarsz i nie brudząc lakierków, uciec ze szponów wojny. Dita wzdycha przyciskając do siebie książki. Ze smutkiem uświadamia sobie, że to tamtego dnia, a nie w dniu pierwszej miesiączki, skończyło się jej dzieciństwo. To wtedy przestała bać się szkieletów i opowieści o duchach, a zaczęła bać się ludzi.

Książka przetłumaczona w całości na zlecenie wydawnictwa Znak. Ostatecznie nie została wydana. Licencja na tłumaczenie należy w tej chwili do mnie :) Chętnie się podzielę.

 

2 Comments

  1. Dzień dobry, czy tę ksiażkę można zakupić w języku polskim?Nigdzie jej nie ma.Dziękuję za odpowiedź.Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2020 Na Nasze

Theme by Anders NorenUp ↑