Obraz ze strony: www.wydawnictwoznak.pl

W oryginale: Riña de gatos.

W oficjalnym polskim przekładzie Marzeny Chrobak: Walka kotów.

W moim przekładzie: Darcie kotów.

 

Do pięknego Madrytu przybywa rachityczny londyńczyk. Wybitny znawca sztuki hiszpańskiej (a jakże!) został wezwany przez arystokratę, który chce oszacować wartość swojej kolekcji obrazów. W domu arystokraty, Anthony (bo takie imię nosi Brytyjczyk) przekonuje się, że obrazy są nic niewarte, za to warta jest kibić i błyszczące oczy arystokratycznej córki – Paquity.

– z recenzji Joanny Bałdygi

 

Eduardo Mendoza

DARCIE KOTÓW

Madryt 1936

Rosa była przy mnie

i dla niej jest ta opowieść.

Ludzkie życie ma taką dziwną właściwość,

że zawsze mogłoby być zupełnie inne, niż było.

José Ortega y Gasset, Velázquez

1

4 marca 1936 r.

Najdroższa Catherine,

Zaraz po przekroczeniu granicy i po dokonaniu wszystkich uciążliwych formalności celnych, zasnąłem ukołysany stukotem kół pociągu; wcześniej w ogóle nie mogłem spać, nękany piętrzącymi się problemami, lękami i cierpieniami, których przyczyną był nasz burzliwy związek. Przez okno pociągu widziałem tylko ciemności nocy i swój własny wizerunek odbijający się w szybie: obraz człowieka zadręczanego niepokojem. Świt nie przyniósł mi ukojenia, które często przychodzi wraz z zapowiedzią nowego dnia. Niebo było zachmurzone, a blade, pozbawione wyrazu słońce czyniło pejzaż za oknami i pejzaż mojej duszy jeszcze żałośniejszymi. W takich to okolicznościach, bliski płaczu, usnąłem. Kiedy otworzyłem oczy, wszystko było inne. Słońce świeciło jasno na niebie bezkresnym, ciemnobłękitnym, poprzetykanym kilkoma olśniewająco białymi obłoczkami. Pociąg przemierzał właśnie jałową mesetę iberyjską. Nareszcie w Hiszpanii!

Catherine, moja ukochana Catherine, musiałabyś zobaczyć to zachwycające widowisko, aby zrozumieć w jakim stanie jestem, kiedy do Ciebie piszę. Bo to nie chodzi o ukształtowanie geograficzne czy zwykłą zmianę krajobrazu; to coś więcej, coś wzniosłego. W Anglii i na północy Francji, skąd właśnie przyjechałem, pola się zielenią, gleba jest urodzajna, drzewa wysokie, ale niebo jest niskie i szare, i wilgotne, a nastrój posępny. Tutaj, dla odmiany, ziemia jest wyschnięta, pola, suche i spękane, rodzą tylko rachityczne krzewinki, ale niebo jest nieskończone a światło transcendentne. W moim kraju chodzimy zawsze z opuszczoną głową i ze wzrokiem utkwionym w ziemi, udręczeni; ale tutaj, gdzie ziemia niczego nie oferuje, ludzie chodzą wyprostowani, wpatrzeni w horyzont. To kraj zapalczywości, pasji, wielkich czynów. Nie to co my, skrępowani naszą ciasną moralnością i miałkimi konwenansami…

Tak teraz widzę nasz związek, najdroższa Catherine, żałosne cudzołóstwo wypełnione intrygami, wątpliwościami i wyrzutami sumienia. Przez cały czas jego trwania (dwa lata? trzy?) ani Ty, ani ja, nawet przez minutę nie zaznaliśmy spokoju i radości. Uwięzieni w naszej małej i trywialnej konstrukcji moralnej, nie mogliśmy tego pojąć, sądziliśmy, że jakaś niezwyciężalna siła skazała nas na cierpienie. Ale nadszedł dla nas czas wyzwolenia i słońce Hiszpanii nam to objawiło.

Żegnaj, najdroższa Catherine, zwracam Ci wolność, spokój ducha i możliwość cieszenia się życiem, do czego masz pełne prawo, przez wzgląd na Twoją młodość, urodę i inteligencję. Jak także, samotny, ale ukojony przez słodkie wspomnienia naszych namiętnych, choć niewłaściwych pieszczot, postaram się wrócić na ścieżkę pokoju i rozsądku.

P.S. Uważam, że nie powinnaś zasmucać swojego męża przez wyjawianie mu prawdy o naszej przygodzie. Nasza przyjaźń sięga jeszcze szczęśliwych czasów w Cambridge, ta zdrada bardzo by go zabolała. Nie wspominając już o wielkiej miłości, którą Ciebie darzy.

Na zawsze Twój,

ANTHONY

– Inglisz?

Pytanie go zaskoczyło. Zajęty pisaniem listu prawie nie zauważył obecności innych pasażerów w przedziale. Od Calais jego jedynym towarzyszem był pewien powściągliwy młodzieniec z Francji, z którym wymienił jedno skinienie na początku podróży i kolejne przy pożegnaniu, w Bilbao; przez resztę czasu Francuz spał jak zabity, a po jego wyjściu zasnął także Anglik. Nowi pasażerowie dosiadali się na kolejnych stacjach. Razem z Anthonym podróżowali teraz, niczym wędrowna trupa komediowa, posunięty w latach wiejski ksiądz, młoda dziewczyna o wyglądzie prostej chłopki i ten, który go zaczepił, mężczyzna o nieokreślonym wieku i stanie, z ogoloną głową i okazałym, republikańskim wąsem. Ksiądz miał ze sobą niedużą, drewnianą walizkę, dziewczyna – wypchany tobołek, a ten ostatni – dwie pokaźnych rozmiarów walizy z czarnej skóry.

– Ja nie mówię po angielsku, wie pan? – ciągnął tamten, założywszy, że Anglik odpowiedział twierdząco na jego pierwsze pytanie. – Noł inglisz. Ja – hiszpanisz. Pan inglisz, ja hiszpanisz. Hiszpania bardzo inna niż Anglia. Different. Hiszpania, słońce, byki, gitarra, wino. Ewribodi olé! Anglia, nie ma słońce, nie ma byki, nie ma radość. Ewribodi kaput.

Zamilknął na chwilę, aby Anglik miał szansę przyswoić sobie jego socjologiczną teorię, po czym dodał:

– W Anglia – król. W Hiszpania – nie ma król. Wcześniej – król. Alfonso. Teraz już noł król. Skończyło się! Teraz republika. Prezydent: Niceto Alcalá Zamora. Wybory. Rządził Lerroux, teraz Azaña. Partie polityczne, ile pan tylko chce, wszystkie do niczego. Politycy złodzieje. Ewribodi dranie.

Anglik zdjął okulary, przetarł je chusteczką, którą wyciągnął z kieszonki na piersi i skorzystał z chwili ciszy, żeby wyjrzeć przez okno. Na rudej ziemi, która rozciągała się dokąd mógł sięgnąć wzrokiem, nie rosło ani jedno drzewo. W oddali zobaczył muła, na którym po damsku siedział chłop w kapeluszu z szerokim rondem. Bóg jeden wie skąd przybywa i dokąd zmierza – pomyślał, po czym zwrócił się do rozmówcy z surową miną, starając się nie okazywać chęci do konwersacji.

– Jestem na bieżąco z transformacjami na hiszpańskiej arenie politycznej – powiedział chłodno, – ale jako cudzoziemiec nie czuję się upoważniony aby wtrącać się w wewnętrzne sprawy pańskiego kraju, ani wyrażać opinie na ten temat.

– Tutaj nikt się na nikogo nie obraża, proszę pana – odrzekł gadatliwy towarzysz podróży, nieco rozczarowany doskonałą znajomością hiszpańskiego, którą Anglik zaprezentował, – jeszcze by tego brakowało. Mówię to tylko po to, żeby dać panu rozeznanie w sytuacji. Bo o to chodzi, że nawet jak ktoś jest tylko w podróży, dobrze wiedzieć, z kim się ma do czynienia. No bo załóżmy, że ja jestem w Anglii, z takiego czy owakiego powodu, i nagle zechce mi się zwymyślać króla. I co mi zrobią? Zamkną mnie! To oczywiste. I tutaj tak samo, tylko że na odwrót. Chcę powiedzieć, że w tych sprawach się u nas pozmieniało.

Nie wygląda na to – pomyślał Anglik, ale nic nie powiedział. Chciał tylko, żeby ta niepotrzebna rozmowa dobiegła końca. Przemyślnie zwrócił wzrok w kierunku księdza, który słuchał paplaniny republikanina z pełną dezaprobaty pobłażliwością. Sztuczka dała pożądany rezultat: republikanin wskazał na księdza palcem i powiedział:

– O, nie szukając daleko, tu ma pan przykład tego, o czym mówię. Jeszcze cztery dni temu ci tutaj robili sobie, co im się żywnie podobało, hulaj dusza, piekła nie ma. Dzisiaj żyją na naszym garnuszku, a tych, którzy się buntują, kijem nauczymy rozumu. Jest tak, czy nie jest tak, proszę księdza?

Ksiądz skrzyżował ręce na kolanach i nie spuszczał podróżnego z oczu.

– Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – odpowiedział nie speszony.

Anglik pozostawił ich, rozjuszonych, w tym pojedynku na powiedzenia i przysłowia. Powoli i jednostajnie pociąg toczył się przez pustą równinę, zanieczyszczając krystaliczne zimowe powietrze mesety ciemną chmurą dymu. Zapadając w sen, słyszał jeszcze perorującego republikanina:

– Proszę księdza, ludzie nie palą kościołów i klasztorów ot tak sobie, przez widzimisię. Jakoś nigdy nie spalili żadnej tawerny, szpitala czy areny. Skoro w całej Hiszpanii lud postanowił palić kościoły, chociaż wcale nie chcą się palić w rękach, to musi być jakiś powód.

Zbudziło go nagłe szarpnięcie. Pociąg zatrzymał się na jakiejś dużej stacji. Wzdłuż peronu kuśtykał śpiesznie zawiadowca w płaszczu, szaliku, rękawicach i służbowej czapce. W dłoni kołysała mu się wygaszona lampa naftowa.

– Venta de Baños! Przesiadka dla pasażerów jadących do Madrytu! Ekspres za dwadzieścia minut!

Anglik zdjął walizkę z półki, pożegnał współpasażerów i wyszedł na korytarz. Nogi, zdrętwiałe przez tyle godzin siedzenia, odmówiły mu posłuszeństwa. Mimo tego zeskoczył na peron, gdzie lodowate powietrze od razu zaparło mu dech w piersiach, i zaczął szukać zawiadowcy. Na próżno; ten, spełniwszy swój obowiązek, prędko wrócił do biura. Zegar na stacji nie chodził i wskazywał jakąś zupełnie niemożliwą godzinę. Z masztu zwisała obszarpana trójkolorowa flaga. Anglik pomyślał, że rozsądnie byłoby schronić się w ekspresie, ale zamiast tego ruszył w kierunku wyjścia ze stacji. Zatrzymał się przed szklanymi drzwiami, czarnymi od sadzy i oszronionymi, nad którymi wisiał szyld obwieszczający: BISTRO. W środku mały piecyk dawał trochę ciepła i zatruwał powietrze. Anglik ściągnął zaparowane okulary i przetarł je krawatem. Jedyny klient, opary łokciami o ladę, sączył likier i palił cygaretkę. Młody bufetowy przyglądał mu się, trzymając w ręku butelkę anyżówki. Anglik zwrócił się do tego ostatniego:

– Dzień dobry. Muszę pilnie nadać list. Czy prowadzą państwo znaczki pocztowe? A jeśli nie, to proszę mi powiedzieć, czy na stacji jest trafika?

Chłopak spojrzał na niego, rozdziawiwszy gębę, po czym wymamrotał:

– Nie umiem panu powiedzieć.

Samotny konsument wtrącił się, nie podnosząc oczu znad kieliszka likieru.

– Nie zachowuj się jak dzikus, chłopcze. Co ten pan sobie o nas pomyśli? – I do Anglika: – Proszę wybaczyć dzieciakowi. Nie zrozumiał ani słowa z tego, o co go pan pytał. W holu stacji jest kiosk, gdzie można kupić znaczki, i skrzynka pocztowa. Ale może najpierw kieliszeczek anyżku?

– Nie, dziękuję bardzo.

– Proszę nie odmawiać, ja zapraszam. Przecież widać, że potrzeba panu czegoś na wzmocnienie.

– Nie sądziłem, że jest tak zimno. Takie słońce…

– Nie jesteśmy w Maladze, proszę pana. To Venta de Baños, prowincja Palencia. Tutaj jak przyciśnie, to przyciśnie. A pan jest cudzoziemcem, jak sądzę?

Bufetowy podał mu kieliszek likieru, Anglik wychylił go pośpiesznie. Był na czczo, więc likier wypalił mu przełyk i skręcił żołądek, ale przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele.

– Jestem Anglikiem – odpowiedział na pytanie. – I powinienem się pospieszyć, jeśli chcę zdążyć na pociąg do Madrytu. Zostawiłbym tu na moment walizkę, jeśli można, będzie mi łatwiej podejść do kiosku.

Odstawił kieliszek na ladę i wyszedł bocznymi drzwiami, które prowadziły do holu stacji. Długo krążył w poszukiwaniu kiosku, aż w końcu przechodzący kolejarz wskazał mu zamknięte okienko. Zastukał, po chwili okienko się otworzyło i jakiś zbity z tropu mężczyzna wystawił przez nie swoją łysą głowę. Wysłuchał prośby Anglika, zamknął oczy i zaczął poruszać ustami, jakby się modlił. Potem schylił się, a kiedy znów się wynurzył, taszczył ogromną księgę. Przekartkował ją uważnie, na chwilę odszedł. Wrócił, niosąc niedużą wagę. Anglik wręczył mu list i sprzedawca zważył go dokładnie. Znowu sprawdził coś w książce i obliczył wysokość opłaty. Anglik zapłacił i biegiem wrócił do bufetu. Bufetowy gapił się w sufit, w ręku miał brudną ścierkę. Powiedział, że rachunek został uregulowany przez drugiego klienta, tak jak było ustalone. Walizka stała na podłodze. Anglik zabrał ją, podziękował i wybiegł na peron. Ekspres do Madrytu właśnie powoli ruszał, otoczony obłokami pary i smugami dymu. Wytężył siły, dopadł ostatniego wagonu i wskoczył do pociągu.

Przeszedł część składu, ale ponieważ nie znalazł wolnego przedziału, postanowił zostać na korytarzu, chociaż ciągnęło tam zimnem. Zgrzał się w biegu, ale ulga związana z wysłaniem listu wynagradzała mu ten wysiłek. Teraz już nie było odwrotu. Do diabła z kobietami! – pomyślał.

Chciał być sam, aby nacieszyć się właśnie odzyskaną wolnością i podziwiać piękno krajobrazu, ale po chwili zobaczył, że chwiejnym krokiem zbliża się ku niemu człowiek, który stawiał mu likier. Ukłonił się, a tamten stanął obok. Był to mężczyzna około pięćdziesięcioletni, niski, wychudzony, z twarzą pooraną przez zmarszczki, z workami pod oczami, o rozbieganym spojrzeniu.

– Udało się panu wysłać list?

– Tak. Kiedy wróciłem do bufetu, już pana nie było. Nie miałem okazji podziękować panu za uprzejmość. Podróżuje pan drugą klasą?

– Podróżuję, jak mi się podoba. Jestem policjantem. Niech pan tak nie patrzy, to dzięki temu nikt panu nie ukradł walizki. W Hiszpanii nie można tak ufać ludziom. Pan do Madrytu, czy gdzieś dalej?

– Nie, do Madrytu.

– Mogę zapytać o cel pańskiej wizyty? Oczywiście pytam prywatnie. Nie musi pan odpowiadać.

– Ależ najzupełniej mi to nie przeszkadza. Zajmuję się sztuką, a konkretnie malarstwem hiszpańskim. Nie handluję; pisze artykuły, uczę, współpracuję z pewną galerią. Jeśli tylko mogę, pod jakimś pretekstem lub bez niego, jeżdżę do Madrytu. Muzeum Prado jest moim drugim domem. Może powinienem powiedzieć: pierwszym. Nigdzie indziej nie czułem się tak szczęśliwy.

– No, to ma pan całkiem niezły zawód. Kto by pomyślał – powiedział policjant. – A da się z tego wyżyć, jeśli wolno spytać?

– Nie jest łatwo – przyznał Anglik, – ale zawsze to jakiś stały dochód.

– Na szczęście są takie – powiedział policjant, jakby do siebie. Po czym dodał: – Skoro pan tak często bywa w Hiszpanii, i tak dobrze mówi po naszemu, to pewnie ma pan tu sporo przyjaciół?

– Przyjaciół–przyjaciół: nie. Nigdy nie spędziłem w Madrycie wystarczająco dużo czasu, a my Anglicy, jak pan wie, jesteśmy raczej zamknięci w sobie.

– Więc moje pytania mogły się panu wydać nachalne. Proszę się nie gniewać, to skrzywienie zawodowe. Przyglądam się ludziom i próbuję odgadnąć ich zawód, stan cywilny, jak się da, a nawet ich zamiary. Moja praca polega na zapobieganiu, a nie zaradzaniu. Moim zadaniem jest służenie bezpieczeństwu państwa, a czasy mamy niespokojne. Rzecz jasna, nie chodzi mi o pana. Interesować się kimś, to jeszcze nie znaczy podejrzewać go. Całkiem zwyczajny człowiek może okazać się anarchistą, agentem w służbie obcego wywiadu albo handlarzem żywym towarem. Jak ich odróżnić od porządnych ludzi? Nikt nie ma napisane na czole kim jest. A poza tym, każdy człowiek tai w sobie jakiś sekret. Chociażby pan, daleko nie szukając, czemu tak się panu spieszyło z tym listem, skoro mógł go pan najspokojniej wysłać z Madrytu za kilka godzin? Niech pan nic nie mówi, jestem pewien, że wszystko można łatwo wytłumaczyć. Chciałem tylko dać panu przykład. Takie jest moje zadanie, ni mniej, ni więcej: odkrywać prawdę, która kryje się pod maską.

– Tu jest zimno – powiedział Anglik, przerywając ciszę, która zapadła, – a ja nie jestem odpowiednio ubrany. Proszę wybaczyć, poszukam miejsca w ogrzewanym przedziale.

– Proszę, proszę, już pana nie zajmuję. Ja idę do restauracyjnego, przekąsić coś i pogawędzić z obsługą. Często tędy jeżdżę i znam się z załogą. Kelner to jest najlepsze źródło informacji, zwłaszcza w kraju, gdzie ludzie nie mówią, tylko się wydzierają. Życzę spokojnej podróży i przyjemnego pobytu w Madrycie. Pewnie się już nie spotkamy, ale zostawię panu moją wizytówkę, na wszelki wypadek. Młodszy inspektor Gumersindo Marranon, do usług. Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę o mnie pytać w Głównym Biurze Bezpieczeństwa.

– Anthony Whitelands – powiedział Anglik, chowając wizytówkę do kieszeni marynarki – służę panu.

Książka wydana w Polsce przez wydawnictwo Znak w 2012 roku w przekładzie Marzeny Chrobak.

Powyższy fragment NIE JEST oficjalnym (wydanym) tłumaczeniem.