Opowiadania pochodzą z bloga Mas de cien mentiras.

Alex Merino to Meksykanin mieszkający w Krakowie od 2011 roku. Uczy hiszpańskiego i prowadzi autorskie kursy z literatury latynoamerykańskiej. Polski język i kultura nieustannie go zadziwiają.

Alejandro Merino

Daga i pewien dzwon

tłumaczenie: Ela Soszyńska

 

Daga.

Jak tu nie chcieć wymawiać takiego imienia.

Jak nie chcieć rozwikłać tajemnicy kogoś, kto przedstawia się słowami: jestem Daga.

Jak się nie pomylić, jak nie wpaść w pułapkę.

Jak nie dać się zranić kobiecie, która nazywa się Daga.

Jeśli chodzi o Dagę, od początku wszystko było tajemnicze; od jej imienia po jej brzuch i od jej palców po jej życiorys. A najbardziej tajemniczy był jej język.

Choć znała doskonale hiszpański, torturowała mnie mówieniem niemal wyłącznie po polsku – bawiło ją to. A ja, od roku już żyjąc w tym kraju niewymawialnych spółgłosek i posługując się polskim w stopniu, który pozwalał mi zamówić w barze dwie wódki – bo jeśli zamawiasz pięć, trzeba odmienić rzeczownik, a to jest masakra – i wymówić się w każdej sytuacji prostym „no hablo polaco”, dzięki językowi Dagi poznawałem – między innymi – zdania konkretne, figlarne, przydatne i zawsze krótkie.

Czasem zbyt krótkie.

Przyjdź, brzmiała wiadomość, którą dostałem pewnego dnia wychodząc z pracy. Naprawdę, właśnie tak, przyjdź, siedem spółgłosek, zet z akcentem i ani jednej śmierdzącej samogłoski, i ja, pewien, że Daga zapomniała włączyć słownik T9 w telefonie, sprawdziłem w osłupieniu, że to słowo faktycznie istnieje i znaczy tyle co ven.

Przyjdź. Spróbowałem powiedzieć to 3 czy 4 razy i się poddałem. Daga wiedziała, że tak będzie.

Po dziesiątkach konsultacji z tłumaczem, który stał się moim nieodłącznym kompanem, zacząłem przyzwyczajać się do oszczędnych słów Dagi, do jej wypowiedzi, które niemal zawsze coś skrywały, choć często nie mogłem tego rozszyfrować. I jeszcze zanim nauczyłem się podstawowych wyrażeń z poziomu A1, od których zawsze rozpoczyna się naukę obcego języka, jak: wychodzić z domu, wsiąść do autobusu, iść do pracy, spotykać się z przyjaciółmi, itp., przyswajałem sobie, dzięki językowi – dosłownie, można powiedzieć! – Dagi zdania takie jak masz ochotę na coś (tienes ganas de algo)?, u mnie czy u Ciebie (en tu casa o en la mía)?, kolacja ze śniadaniem (cena con desayuno)?, a także formy rozkazujące takich pięknych czasowników przechodnich jak gryźć, szczypać, ślinić, ssać, muskać. Polski sypialniany, jak mawia mój przyjaciel Nacho.

Języki służą do zabawy – mówiła Daga z łobuzerskim uśmiechem, – żeby się nimi cieszyć. I w zasadzie było zabawnie. Były momenty, gdy jej język – mam na myśli język polski – nie sprawiał mi tylu trudności.

Jasne, zdarzały się nieporozumienia: w pewnej wiadomości napisała wpadaj, a ja skojarzyłem to ze spadaj, bo różnią się tylko jedną literą i brzmią bardzo podobnie, ale w rzeczywistości różnica jest taka, jakby Meksykanin powiedział caile en chinga albo llégale a la Chingada. Jej chodziło o to pierwsze, a ja zrozumiałem to drugie.

Ją to bardzo bawiło.

Daga była godna swojego imienia.

Jej imię dorównywało jej językowi.

Daga i jej polski język.

któregoś dnia powiedziała, że chce wyjechać z Krakowa. Na miesiąc, dwa, nie wiedziała. Chciała odciąć się od wszystkiego, tak mówiła. Chciała pobyć sama. A ja jej powiedziałem, że dobrze – chociaż nie było dobrze – żeby jechała i się zobaczy. Oboje wiedzieliśmy, że może wrócić za tydzień albo nie wrócić nigdy. Taka była Daga, z nią nigdy nie było wiadomo.

W dniu wyjazdu napisała mi ostatnią wiadomość. To było jedno słowo, którego nigdy wcześniej nie pisała i którego nie rozpoznawałem, musiałem więc skorzystać z pomocy tłumacza, ale tłumaczenie też mi wiele nie mówiło. Dzwon. List pożegnalny z jednym polskim słowem.

Dzwon. Campana.

Tym razem nie mogłem zrozumieć, co za cholerstwo chce mi powiedzieć Daga w swojej lingwistycznej oszczędności. Trochę zezłoszczony westchnąłem głęboko i skasowałem wiadomość.

Nie wiem ile minęło czasu i czy wróciła po dwóch tygodniach, czy po dwóch miesiącach, czy po dwóch latach, czy została w Bieszczadach, w Chrząszczycach, w Przemyślu albo jakiejkolwiek innej polskiej miejscowości, której nazwa jest gulaszem ze spółgłosek. Nie napisała do mnie więcej, nie zadzwoniła, a ja to rozumiałem, pogodziłem się z tym.

I dziś ją zobaczyłem, po prawie 3 latach. Wszedłem do tej kawiarni o niemożliwej nazwie (Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie idąc od Małego Rynku), zamówiłem kawę i poszedłem do sali dla palących, i tam była Daga, przy stoliku w głębi, z koleżanką.

To było niezręczne powitanie i rozmowa trwała może 3 minuty. Powiedziała, że nie było jej 4 miesiące, a potem wróciła, i bardzo chciałem ją zapytać dlaczego do mnie nie zadzwoniła ani nie napisała, ale zorientowałem się, że to była jedna z rzeczy, o które się nie pyta. W czasie tych trzech minut rozmowy – Daga wstała i staliśmy naprzeciw siebie, gdy jej koleżanka poszła do łazienki – oboje wiedzieliśmy, bez słów, nie zahaczając nawet o ten temat, że to, co było między nami, umarło.

Usiadłem przy stoliku w drugiej sali dla palących. Dziesięć minut później Daga z koleżanką, wychodząc, mijały mnie. Pożegnaliśmy się nieco sztucznie, okłamując się, że tak, że się zgadamy i że będziemy w kontakcie, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie.

– Czemu nie zadzwoniłeś? – powiedziała Daga. W jej głosie nie było pretensji tylko ciekawość, tak mi się przynajmniej wydawało, i tak naprawdę nie było to pytanie, tylko stwierdzenie, do którego przykleiło się “czemu”. Nie zadzwoniłeś.

Musiała wyczytać z mojej twarzy zaskoczenie, ponieważ dodała:

– Kiedy wyjeżdżałam, wysłałam ci wiadomość. Myślałam, że do mnie zadzwonisz… w sumie, wszystko jedno, domyślam się, że nie chciałeś, ale mogłeś to powiedzieć. Do widzenia, Alex.

Wtedy zrozumiałem. Przypomniałem sobie tę wiadomość, i zrozumiałem. Teraz, kiedy mój polski przekracza nieznacznie poziom A1, a tryb rozkazujący czasowników niezwiązanych z seksem wydaje mi się nieco łatwiejszy.

Zacząłem przeklinać Dagę i jej przeklęty język – ten ojczysty i ten figlarnyi tłumacza google, i jej telefon, który pewnie usunął akcent.

Ale taka była Daga. Daga i jej język. Daga i jej ostatnia wiadomość.

Dzwon – campana.

Dzwoń – llamame.