Opowiadania pochodzą z tomu La isla de los antropólogos y otros relatos, a ich wersje oryginalne można przeczytać tutaj.

Teksty Zaldui są podobne do opowiadań Mrożka – krótkie, treściwe, z mocną puentą, o dopracowanej do perfekcji formie.

Miłej lektury.

tłumaczenie: Ela Soszyńska

Egzamin u pana De Pauli

Tempo, proszę panów, jest bardzo ważne. W czasie egzaminu, powiedziałbym, tempo jest prawie najważniejsze, i nie mówię w tej chwili o temperaturze, to uwaga do tych wesołków, którzy się zagapili na coś za oknami. Tempo, powtarzam, jest niemal ważniejsze niż treść. Mówię, jak mogą się panowie domyślić, bardziej o przyspieszeniu, niż o zależności między czasem a działaniem jako takiej. Prędkość i sprawność przez panów rozwinięte są w tym względzie czynnikami kluczowymi. Odbija się w nich najwyraźniej i najdokładniej panów umysłowa aktywność, są barometrem wskazującym, czy wynieśli oni z kursu jakąś korzyść. Są solą ewaluacji. Mniemam, rzecz oczywista, że nie ważą się panowie powielać odpowiedzi innych ani korzystać z tych pomocy naukowych potocznie nazywanych „ściągawkami”: zwracam uwagę, że będę ich obserwował z sąsiedniej sali i że telewizyjny system dozorowy poinformuje mnie o każdej nieprawidłowości. Przyłapany na łamaniu zasad – zapewne mówili to koledzy z poprzednich roczników – wie, na co się naraża. Panowie mi wybaczą, że przeciągam to wystąpienie ponad zwyczaj: chcę, żeby to wszystko było najzupełniej jasne. A zatem egzamin jest triumfem tempa: w nim scala się umiejętność syntezowania, zdolność udzielania precyzyjnych odpowiedzi, sprawność szybkiego pisania przy jednoczesnym wyeksponowaniu nienagannej kaligrafii. To, bez wątpienia, ostateczna próba. Nie przeciągajmy dłużej. Odpowiedź na siedem pytań, z których składa się sprawdzian rozdawany właśnie przez pana asystenta, powinna zająć panom pół godziny. Za piętnaście jedenasta opuszczenie sali, czołgając się, będzie jeszcze możliwe. O dziesiątej czterdzieści siedem już tylko najszczuplejszym – panu, panie Fanjul, i może jeszcze panu, panie Uribe – się to uda. Proszę pamiętać, że sufit obniża się o osiem centymetrów na minutę i że nie przewidujemy żadnej prolongaty. Jeśli nie ma pytań, pozostaje mi życzyć panom szczęścia.

Ja, minister w rządzie

To może brzmieć jak fikcja literacka, ale nią nie jest. Daję słowo, że ja – proszę pozwolić, że będę używał tytułu należnego najwyższej funkcji, jaką sprawowałem, choć zostało po niej jedynie gorzkie „były” – minister w rządzie, przeżyłem to. Że prawdopodobnie nie ma już nikogo, kto znałby wszystkie szczegóły tej historii. Że kiedy umrę, prawda umrze ze mną. Dlatego pokładam nadzieję w tych zapiskach, które spróbuję ukryć. Ufam, że przysłużą się jeszcze czemuś poza uporządkowaniem, nieco już pomieszanych, wspomnień staruszka.

Wszystko zaczęło się w roku. Od dwóch mieliśmy wojnę. Byłem – i z niczego nie jestem tak dumny – agentem, który przeniknął w szeregi wroga. Gdy wybuchło powstanie, Partia wysłała mnie jako szpiega między oddziały buntowników. Nie figurowałem w kartotece, więc bez specjalnych trudności przywdziałem ich cholerny mundur, udowodniłem swoja odwagę w trzech czy czterech akcjach o znikomym znaczeniu, a nawet zdarzyło mi się prowadzić akcję odwetową, podczas której rozkazałem dać ognia plutonowi, a ten wymierzył sprawiedliwość sześciu „rewolucjonistom”; prawie wszyscy byli z, na szczęście. Było to dla mnie bolesne, rzecz jasna, ale rozkazy Partii były w tym względzie jednoznaczne.

Poza tym – jak zapewniano mnie, gdy otrzymałem misję – nie sądzili, żebym miał pozostać długo na froncie. Ukończyłem studia z i z całą pewnością lepiej bym im się przysłużył na jakimś odpowiedzialniejszym stanowisku. Natomiast awansowałem szybko, zwłaszcza po bitwie pod, w której wykazałem się – tym razem rzeczywiście – wyjątkową odwagą i zdecydowaniem. W styczniu roku przyznano mi stopień i odznaczono mnie krzyżem. Przegraliśmy wojnę. Nadal wysyłałem raporty swoim towarzyszom, ale nie sądzę, żeby na coś się przydawały. Wciąż byłem szpiegiem i musiałem ukrywać swoją prawdziwą tożsamość.

Po kapitulacji zupełnie nie wiedziałem, co robić. Chciałem nawet uciekać za granicę albo wpakować sobie kulkę w łeb i skończyć z tym raz na zawsze. Wcale nie dlatego, żebym nie mógł dłużej wytrzymać w tej, tak dobrze skonstruowanej, fałszywej rzeczywistości, ani też nie przez wstręt do samego siebie albo tego, co robiłem. Czułem się dobrze w swojej roli. Słowa takie jak zwycięstwo, krucjata, ojczyzna, tradycja płynęły z moich ust wartkim strumieniem w trakcie przemówień, jakie niejednokrotnie musiałem wygłaszać z racji przyznanej mi przez rząd skromnej funkcji politycznej, z którą wiązały się spotkania z urzędnikami, rolnikami i duchownymi w różnych częściach. Nie: ja zachowywałem się odpowiednio, robiłem dokładnie to, o co na początku wojny poprosiła mnie Partia. Z niepokojem oczekiwałem wieści z wygnania, ale te nie nadchodziły. Wysyłałem wciąż listy pod ten sam adres na ulicy Rue de Saint-Hilare w, ale nigdy nie otrzymałem polecenia powrotu czy też porzucenia swojego zadania. Działałem z pełnym przekonaniem. Jeśli kiedyś rozważałem możliwość samobójstwa, to przez niesłychany wstręt, jaki odczuwałem wobec wrogiej rzeczywistości, wobec tych służalczych urzędników, wobec tych nuworyszy, którzy się dorobili na wojnie i przekrętach, wobec tych falangistów i wojskowych, którzy wypełniali każdy centymetr kwadratowy mojego życia, życia wszystkich. Ale mogę oświadczyć z dumą: byłem twardy.

W pierwszych latach tej udoskonalałem swoją kreację i jestem pewien, że nikt niczego nie podejrzewał. Ożeniłem się z panną Marią Felisą z, której rodzina posiadała tytuł nadany przez. Małżonka moja niczego się nie domyślała, przynajmniej na początku. Nie sądzę, żeby była szczęśliwa przy moim boku; w każdym razie ja zawsze miałem poczucie, że wywiązuję się dobrze z powierzonego mi zadania i tym balsamem leczyłem niemal wszystkie rany. Z drugiej strony wspinałem się po drabinie kariery w różnych instytucjach, które w tamtym czasie pojawiały się, rozrastały, zmieniały strukturę i znikały jak grzyby: Instytut do spraw, Narodowa Organizacja, Doradczy Komitet Techniczny, Rada Związku Zawodowego i. Równocześnie pełniłem funkcję podsekretarza od i dyrektora generalnego w. W tym czasie osiągnąłem znaczne wpływy, a to dzięki temu, że – choć może nie powinienem o tym mówić – postrzegano mnie jako skutecznego, cecha nieczęsto spotykana w tamtych czasach w ministerstwach. W moich coraz obszerniejszych raportach zwierzałem się Partii, że znalezienie się jeszcze wyżej w hierarchii jest raczej niemożliwie i że, po tych kilku elektryzujących awansach, kolejny kryzys ministerialny wymaże mnie z mapy i umieści – już prawdopodobnie na zawsze – na drugim planie jako wysokiego urzędnika w samorządzie lokalnym.

Osią mojej kreacji był fakt, że nie byłem połączony z żadną z „rodzin” reżimu. Wiele razy prosiłem przywództwo Partii o jakieś wytyczne w tym względzie, ale, jak zwykle, nie doczekałem się odpowiedzi. W każdym razie możliwe, że to właśnie brak wyraźnego „politycznego” zakotwiczenia wyniósł mnie na stanowisko Ministra, na którym spędziłem najburzliwsze półtora roku mojego życia. Pogłoski o zmianie rządu krążyły po Ministerstwie uporczywiej niż kiedykolwiek. Gdy pan, ówczesny Minister, wezwał mnie i zaoferował mi stanowisko, nie mogłem w to uwierzyć. Zgodziłem się natychmiast, rzecz jasna. Niedługo potem rozmawiałem przez telefon z samym. Następnego dnia oficjalne ogłoszenie, moje nazwisko obok innych nominowanych w radiu i w gazetach. Widziałem tylko z daleka na uroczystym otwarciu obwodnicy, ale w dniu przejęcia przeze mnie urzędu powitał mnie i nawet rozmawialiśmy przez chwilę. Nie zwracałem uwagi na to, co mówił, ani też na te pompatyczne bzdury, które był w stanie wyartykułować mój drżący język. Myślałem tylko: jestem o 25 centymetrów od niego, sam na sam, czekając na dwóch spóźnionych mógłbym go zabić, bardzo prosto, niewielka broń schowana w rękawie, a potem wyjść, czmychnąć, albo żeby mnie złapali, rozstrzelali, wszystko jedno, i tak zostałbym bohaterem, mógłbym to zrobić, mogę zrobić wszystko. Potrzebowałem tylko zezwolenia Partii. Nigdy go nie otrzymałem.

Nie naciskałem zbytnio: Partia nigdy nie przykładała zbyt wielkiej wagi do kwestii nadbudowy społecznej. Wiedziałem, że problem z był dużo głębszy. Co więcej, w tej fazie mojej pracy szpiegowskiej dyskrecja była bardziej niezbędna niż kiedykolwiek: wysyłanie comiesięcznego raportu było już wystarczająco niebezpiecznie i lepiej było uniknąć ryzyka przechwycenia odpowiedzi. Rozumiałem milczenie Partii, a nawet cieszyło mnie ono. Oznaczało, że moje informacje im się podobały i że mogli je spożytkować; a jak? – tego nie musiałem wiedzieć. Z drugiej strony nie mogłem uskarżać się na warunki. Obowiązki ministra nie nastręczały mi zbyt wielu problemów, za to umożliwiały zdobycie lepszych informacji niż kiedykolwiek: wszystko, czego potrzebowałem, przynajmniej jeśli chodzi o działalność mojego ministerstwa. Moje dzieci dorastały i coraz mniej musiałem się martwić o ich wychowanie i wykształcenie. Co więcej, Ministerstwo było doskonałą wymówką, aby z coraz większą obojętnością traktować moją małżonkę, która ze swojej strony nie wydawała się tym zmartwiona.

Wtedy zacząłem podejrzewać, że mnie przejrzeli, albo przynajmniej byli na tropie. Krzywe spojrzenia portierów, którzy kręcili się po Ministerstwie, chłód funkcjonariuszy z mojej osobistej eskorty, niezrozumiałe gesty podsekretarzy, żarty pozostałych ministrów w przedsionku Rady, milczenie, które – wszystko wydawało mi się inne, niepokojące. Śledzili mnie, byłem – jestem – niemal pewien. Nawet w domu czułem się nieswojo, jakby obserwowany. Każdy nowy kucharz, każdy odźwierny wydawał mi się, w najgorszych koszmarach, szpiegiem, który ma za zadanie zgotować mi zgubę. Udało mi się wyłapać delikatne oznaki kpiny w zwykłej obojętności, z którą odnosiła się do mnie Felisa, jakby wszystko wiedziała, jakby znała moje przeznaczenie i rozkoszowała się tym z wyprzedzeniem. Z początku nie przykładałem wagi do tych znaków, brałem je za wynik zmęczenia i stresu. Nie odważyłem się nawet przekazać swoich podejrzeń Partii, ale, faktycznie, zwiększyłem do ekstremum środki ostrożności jeśli chodzi o raporty coraz bardziej przedłużając przerwy między poszczególnymi przesyłkami.

Gdy w końcu postanowiłem poinformować odpowiedzialnych za, że prawdopodobnie przejrzeli moją grę i niewykluczone, że wykorzystują mnie do przesyłania fałszywych informacji, pogłoski o kryzysie w Ministerstwie znów zaczęły krążyć i, a jak, pojawiało się w nich moje nazwisko, ale tym razem wśród kandydatów do wyrzucenia. Tamto lato ciągnęło mi się w nieskończoność. Przez cały czas liczyłem się z tym, że przybędzie funkcjonariusz z kopertą, a potem już tylko policja i przesłuchania. Nie bałem się śmierci, ale bałem się bólu oraz tego, jaki wpływ na Partię będą miały informacje, które bez wątpienia wyjawiłbym naszym wrogom.

Nic takiego się nie wydarzyło. Moje odejście w sierpniu roku było tak samo nieciekawe jak każde inne: ani jedna linijka listu z podziękowaniami za pełnienie obowiązków nie zdradzała tego, co wiedzieli czy też nie wiedzieli. Także nic z tego, co przyszło później, nie odbiegało od normy: ani prezesura w tej grupie spółek skarbu państwa, ani krótkie doświadczenie w roli ambasadora w, ani tytuły, które otrzymałem, ani medale zasłużonego, które wpięto mi w klapę podczas tej ceremonii na cześć.

Nie wydarzyło się nic niezwykłego, ale coś mi w tym śmierdziało, jakaś złośliwa ironia kryła się we wszystkim, co mi się przytrafiało. Nie mówiąc już o tym, że na moich nowych stanowiskach nie miałem już dostępu do żadnych informacji, które mogłyby się przydać Partii. To upewniło mnie, że wiedzieli wszystko i skazali mnie na najgorszą z kar: miałem dokonać żywota w roli sługi, bez możliwości ujawnienia kim jestem, ile znaczę, o jaką sprawę walczę. Nic nie mogłem zrobić, nawet wysyłać kolejnych raportów, które, z całą pewnością, nikogo tam, w, nie obchodziły.

Dwa miesiące temu wykryto u mnie raka. Nie zostało mi wiele życia i nie sądzę, żeby dane mi było doczekać triumfu idei, o którą walczyłem tyle długich lat. Planowałem zwrócić się do środków masowego przekazu i opowiedzieć moją historię, ujawnić, jakie było moje prawdziwe zadanie. Ale nie zrobię tego: kontrolują prasę, radio, telewizję, nie pozwoliliby nawet, żebym się tam zbliżył. No i, przede wszystkim, nie posiadam zezwolenia Partii na rozpoczęcie akcji propagandowej tego typu, choć uważam, że argumenty, jakie przedstawiłem w moich ostatnich komunikatach były przekonujące i opierały się na dogłębnej analizie ówczesnej koniunktury politycznej i społecznej. Dlatego, pośród dręczącego mnie nieustannie bólu, w tych krótkich momentach gdy zostaję sam i morfina nie przytępia moich zmysłów, postanowiłem stworzyć tę relację, i mam nadzieję – choć nie wiem jak – przechować ją w ukryciu oczekując na lepsze czasy: choć ja już ich nie zobaczę, wiem, że przyjdą i że ja, który pełniłem funkcję Ministra w rządzie, byłem jednym z tych, którzy, razem z tysiącami innych członków Partii i, w pełnej konspiracji, przyczynili się do stworzenia nowego świata.

Boję się tylko, że znajdą ten tekst, ukryją go, zniszczą albo, co gorsza, ocenzurują, poprzekręcają albo okroją, żeby sprawiał wrażenie napisanego przez zbzikowanego staruszka, że zamienią go w tekst pełen dziur, pusty jak łupina. Boję się, że tym razem ukarzą mnie na zawsze.

New Manchester

Na przykład taki W.I.T, młody rewolucjonista, który od wydarzeń w maju 68 przeszedł (w tę i z powrotem) przez wszystkie rzeczywiste i zmyślone lewicowe grupy i tendencje ideologiczne, od najfanatyczniejszego marksizmu-leninizmu zabarwionego stalinizmem do trockizmu i maoizmu, od anarchosyndykalizmu do socjalizmu chrześcijańskiego i teologii wyzwolenia, nie wspominając o komandach miejskiej guerilli, otwartych czytaniach Kapitalizmu w fabrykach, wszelkiej maści stowarzyszeniach ekologicznych i antynuklearnych, ruchach pacyfistycznych czy wykładach o materializmie historycznym, które prowadził od czasu do czasu.

Rozczarowany światem, społeczeństwem, które za żadne skarby nie chciało wyewoluować, już nie tak młody młody rewolucjonista po głębokim namyśle w końcu postanowił powziąć środki ostateczne, które, chociaż wymagały od niego radykalnego, jednostkowego poświęcenia, miały stać się, według jego obliczeń, impulsem i pożywką dla ruchu rewolucyjnego, który mógłby ostatecznie zburzyć skostniały porządek kapitalistycznego świata. Wykorzystał więc pokaźny spadek – pochodził z dobrej rodziny – i na najbardziej skażonym bagnie w mieście postawił ogromną, szarą fabrykę z wysokimi, betonowymi kominami, w najczystszym stylu Lancashire z końca XVIII wieku i zapełnił ją przędzarkami, dziewiarkami, krosnami mechanicznymi i maszynami parowymi, dzięki którym mógł produkować dwa tysiące sztuk sukna dziennie. Wypełnił jej kotły najtańszym i najtoksyczniejszym koksem na rynku i zaprowadził bezwzględny system pracy na akord, nierzadko narzucając zmiany dwunasto-, trzynasto-, a nawet piętnastogodzinne; zatrudniał, za głodowe pensje, nie tylko całe mnóstwo robotników, ale też sporo kobiet i dzieci, którym płacił połowę dniówki, a czasem mniej, a gdy padali zemdleni w koszmarnym zaduchu hal produkcyjnych, nadzorcy wyrzucali ich bez skrupułów na ulicę. Aby iskra, która miała rozniecić płomień Rewolucji, roznieciła go jak najszybciej i jak najsilniej, zakazał tworzenia związków zawodowych, nakazał robotnikom jeść i zaopatrywać się w przyfabrycznej stołówce za niebotyczne pieniądze, a także mieszkać wraz z rodzinami w ohydnych barakach bez ogrzewania ani bieżącej wody i zdzierał za to dobrodziejstwo wygórowane, a jakże, czynsze. Pracował zawzięcie nad własna charakteryzacją, przytył trzydzieści kilo, nosił garnitur i cylinder, a także nieustannie palił gigantyczne cygaro.

fot. Albaro Anta. Iban Zaldua jako gość Festiwalu Opowiadania (zdjęcie od opowiadanie.org)

Jednakże nazwisko W.I.T nie znalazło się nigdy w kronikach Ruchu Rewolucyjnego. Nie będę tu wspominać jak został pojmany, osądzony przez trybunał robotniczy i w końcu zlinczowany, bo w końcu chodzi o sprawy wszystkim doskonale znajome. Ale dodam do annałów, że umarł uśmiechnięty, bez jednej skargi, w poczuciu ostatecznego triumfu.

Po jego śmierci robotnicy przejęli stery fabryki, utworzyli spółkę i uczynili z niej jedno z czołowych przedsiębiorstw w kraju w dziedzinie produkcji sprzętu gospodarstwa domowego. Teraz negocjują z Japończykami przyłączenie firmy do wielkiego, międzynarodowego koncernu.